Świadectwa

2016/11/27 Rekolekcje ignacjańskie Fundament
Pierwsze
Przykazanie (świadectwo)

Jestem żoną i matką dwóch dorosłych synów. Z zamiarem odbycia tych rekolekcji chodziłam już od zeszłego roku. Jadąc na rekolekcje do Justice, nie wiedziałam czego się spodziewać. Miałam bardzo mieszane uczucia: ciekawość, lęk, niepewność.

Pierwsze dwa dni były dla mnie ciężkie. Moje myśli były rozproszone, byłam zła na siebie, że wiele z biblijnych tekstów nie rozumiem. Im więcej rozważałam słowo Boże i wsłuchiwałam się w słowa konferencji, tym bardziej do mnie docierało jak „ubogą glebą” jest moja dusza i serce. Każdego dnia spacerowałam trzy razy dziennie po pół godziny, w tym czasie złościłam się i płakałam. Prosiłam Boga o światło i moc Ducha Świętego.

Nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo moje serce było zamknięte i ociężałe. Rozważając pierwsze przykazanie, przykazanie miłości uświadomiłam sobie skryte i gdzieś głęboko „zakopane” moje emocjonalne zranienia. Ile tam było bólu, lęków, niepewności, niewypowiedzianego żalu. Dotarło do mnie jako matki, ile krzywdy emocjonalnej zadałam swoim synom tylko dlatego, że nie kierowałam się w życiu przykazaniem miłości.

Będąc obdarowaną miłością moich rodziców, zrozumiałam również, że była to miłość niedoskonała, ograniczona, na jaką ich było stać. Zrozumiałam, że postępowałam podobnie jak moi rodzice, kochałam swoje dzieci miłością zaborczą, manipulacyjną. Aby chronić swoich synów przed życiowymi porażkami załatwiałam mnóstwo spraw za nich, zwalniając ich z podstawowych obowiązków i odpowiedzialności. Chciałam jedynie żeby moi synowie dobrze się uczyli. Obciążałam ich wieloma poza szkolnymi zajęciami tylko po to, aby moje dzieci nie były gorsze od innych i było to przede wszystkim zaspokojenie moich ambicji. Strach i lęk o swoje dzieci ukształtował się z otrzymanych w dzieciństwie wzorców wychowawczych, które nieświadomie przekazałam swoim dzieciom.

Rekolekcje „Fundament” otworzyły wiele pozamykanych „drzwi”, w moim sercu zrodziło się wielkie pragnienie, aby żyć na co dzień przykazaniem miłości: „Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą… Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego” (Mk 12, 30-31). Pozwalając kochać się Bogu i odpowiadając swoją niedoskonałą miłością na Jego miłość, będę w stanie patrzeć na człowieka nie tyle przez pryzmat ludzkiej miłości, niedoskonałej, ograniczonej, ale przez pryzmat Bożej miłości, która wskaże mi, co jest dobre dla drugiego człowieka. (Jola)

2016/02/28 Adopcja Serca (świadectwo)

Jeszcze mieszkając w Polsce, myślałam o podjęciu duchowej i finansowej adopcji dziecka z biednego kraju misyjnego. Kiedy przyjechałam do Stanów Zjednoczonych, w domach amerykańskich rodzin zauważyłam zdjęcia dzieci z odległych krajów przyczepione do lodówek. Moi znajomi mówili: „Wiesz, to jest moje dziecko, mój wnuczek…”, wskazując na zdjęcia „adoptowanych” przez nich dzieci. Było to bardzo wzruszające. Wiedziałam już wtedy, że i ja chcę w podobny sposób wesprzeć ubogie dziecko, ale pragnęłam najpierw znaleźć godną zaufania organizację, która by mi to umożliwiła.

Kiedy do Jezuickiego Ośrodka Milenijnego w Chicago, z którym jestem związana już od wielu lat, przyjechał misjonarz, ojciec Czesław Tomaszewski i opowiedział o „Adopcji Serca”, byłam pewna, że znalazłam to, czego szukałam. Okazało się, że „Adopcja Serca” jest dziełem prowadzonym przez katolickiego księdza, a do tego przez ojca jezuitę, który przez wiele lat pracował na Madagaskarze, gdzie wybudował i prowadził szkołę.

Postanowiłam, że będę wspomagała dziewczynkę, ponieważ los dziewczynek w wielu krajach Trzeciego Świata jest trudniejszy niż los chłopców. Miesięczny koszt „Adopcji Serca” wynosi 20 dolarów. Dzięki tej sumie moja „adoptowana córeczka” Françoise uczęszcza do prywatnej szkoły prowadzonej przez siostry baptystynki. Cieszę się, że poprzez szkołę może ona poznawać, kim jest Chrystus, że jest otoczona miłością sióstr i że mimo biedy, której doświadcza na co dzień, poznaje też inny, lepszy świat. W szkole zawiera nowe przyjaźnie, ma możliwość rozwijania swoich talentów…

Wiem, że solidna edukacja, jaką Françoise otrzymuje w szkole, jest dla niej jedyną szansą na lepszą przyszłość. Codziennie modlę się za nią, a w dniu jej urodzin uczestniczę we Mszy świętej w jej intencji, którą wcześniej zamawiam. Cieszę się, że adopcja jest anonimowa, że mogę otoczyć moje adoptowane dziecko miłością, nie oczekując nic w zamian, i że moja miłość jest przyjmowana.

Od zeszłego roku wspieram też dzieło „Adopcji Serca” jako wolontariuszka. Ponieważ mam doświadczenie w księgowości, do moich obowiązków należy rejestracja wpłat dokonywanych przez chicagowskich rodziców. Pomagam, ponieważ chcę być częścią dzieła „Adopcji Serca”, chcę dzielić się moimi talentami i wolnym czasem. Z miłym zaskoczeniem zauważyłam, że ludzie, którzy podjęli się zobowiązań finansowych, wywiązują się z nich sumiennie i odpowiedzialnie. Hojność adoptujących rodziców, którzy czasami sponsorują kilkoro dzieci, pokazuje mi, że umiemy pięknie dzielić się tym, co mamy.

Pan Jezus mówi: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. Wierzymy, że Chrystus jest obecny w naszych małych braciach i siostrach, wnuczkach i córeczkach z biednych krajów misyjnych i że możemy Go poprzez te dzieci kochać. Za wstawiennictwem Małej Tereski, która choć nigdy nie wyjechała na misje, stała się patronką misji, modlę się w intencji wszystkich rodziców adoptujących, wolontariuszy oraz misjonarzy pracujących w różnych częściach świata. Monika Szymańska (wolontariuszka)

2016/02/21 Rekolekcje ignacjańskie I Tydzień
„Ojcze Nasz”

Ojczulku Nasz, który jesteś w domku. Naucz mnie kochać Cię bezinteresownie i spełniać Twoją wolę z radością i zaufaniem. Niech atmosfera wzajemnego szacunku i miłości płynącego z Twojego domu zapanuje na całym świecie. I rozwiej moje wszystkie wątpliwości niewiary, braku zaufania i nieszczerości. Karm mnie każdego dnia jak matka niemowlę, żebym syta Twoje miłości umiała zasnąć w Twoich ramionach bezpieczeństwa. Nie pozwól mi oddalić się od Ciebie i wątpić w wielkość Twojej miłości. Naucz mnie przyprowadzać inne dzieci do Ciebie, aby jak ja mogły poznać kochającego Ojczulka jakim Jesteś. (Iza)

Miłość Boga Ojca jest uzdrawiającą potęgą

Chcę Ci Ojcze dziękować za Twą miłość do mnie. Zapragnąłeś bym była. Wybrałeś dla mnie czas i miejsce narodzin. Złożyłeś mnie w łonie matki i Twa moc twórcza sprawiła bym rosła. Powoli rozkwitało we mnie życie. Rosłam z dnia na dzień, powstawały me organy, serduszko cichutko rozpoczęło swe bicie. A Ty, Ojcze patrzyłeś na mnie w zachwycie! Formowałeś me ciało, rączki me i nóżki. Cieszyłeś się radością mej matki i ojca. Chociaż matka moja doświadczała chłodu zimy, dla mnie było tak dobrze i ciepło, bo nie było jeszcze we mnie żadnej winy. Rosłam spokojniutko pod sercem mej matki.

Dziś wiem dlaczego spałam tak spokojnie, bo w sercu mej matki żyła łaska Boża. Więc, razem we dwoje, napełnieni miłością czekaliśmy na to co nowe przyjdzie wraz z radością. Wreszcie nadszedł dzień wybrany, czerwcowy, gorący gdy po raz pierwszy poczułam strach obezwładniający. Jeszcze nie wiedziałam co mnie właśnie czeka i wtedy wyszłam z łona matki wypchnięta jakąś siłą z mojej małej chatki.

Oczy brązowe, czułością wypełnione, spojrzały w me oczęta miłością spełnioną. Oczy mej matki, jak brązowe kamyki były tak piękne jak czyste strumyki. Ramiona matczyne otuliły mnie z czułością, wiedziałam już wtedy, że będziemy żyć zażyłością. Mleko najsłodsze wypełniło mi brzuszek i wreszcie mogłam usnąć po trudach tak wielu. Ramiona mej matki kołysały mnie łagodnie, ale to Twoja, Ojcze miłość rozlewała się we mnie swobodnie.

Takie były Ojcze moje początki. Potem przyszły inne, kolejne, smutniejsze życia wątki. Rosłam w radościach, troskach i kłopotach. Chciałam zbyt prędko wejść w okres dojrzałości i po omacku szukałam spełnienia miłości. Było mi nie raz trudno, byłam pełna złości i wtedy Ojcze zapomniałam o Twojej czułości.

Trzeba było Ojcze dać mi lekcji wiele, abym na nowo zapragnęła Cię w mym ciele.

Ty byłeś Ojcze gotowy na ratunek. Czekałeś przecież tak długo na mej duszy wołanie. Przybiegłeś więc szybko, spojrzałeś na mą nędzę. Łaska Twoja przebiła serca mego mury i wlałeś w nie swe ojcowskie pragnienie, które wypełniło wszystkie dziury. Nowe życie tchnąłeś w me nozdrza zmęczone, ująłeś me ciało kruche, skaleczone, przytuliłeś do serca swego, wtuliłeś mnie w Siebie i wtedy odrodziło się we mnie pragnienie Ciebie.

W Tobie ukryta, spragniona miłości, poddałam się Tobie, pełna otwartości. Leczyłeś Ojcze mą duszę dość długo z tego czego nazbierałam przez życie nieświęte. I te chwile Ojcze, mamy już za sobą.

Dziękuję, że tak pięknie zająłeś się mą osobą. Otarłeś łzy moje, uleczyłeś zranienia, dałeś nową szatę, okryłeś swą łaską. Mój Ojcze, tak napracowałeś się nade mną. Jak mam Ci, Ojcze dziękować za Twą ofiarność? Sama w sobie znajduję tylko marność.

Z Tobą, Ojcze, zjednoczona miłością jestem jak szczyt górski, dumny swą wielkością. Odrodziłeś we mnie Ojcze wszystkie zmysły. Dziś dziękuję Ci za życie. Przepraszam za zwariowane pomysły. Co było minęło i już nie powróci. A moje serce miłością do Ciebie wypełnione, hymny wdzięczności Ojcze, Ci nuci. Nie odejdę od Ciebie już za żadną cenę, bo złączona z Tobą jestem już bezpieczna a Twoja ojcowska miłość dla życia mego konieczna. Ty Ojcze nigdy nie cofasz miłości więc mogę żyć spokojnie w uczuciu błogości.

Niech życie sobie układa nowele. Ja w tobie ukryta Ojcze, mam już trosk niewiele.

Chcę żyć dla Ciebie, Ojcze, ochoczo, radośnie, a w swej miłości do Ciebie chcę dorównać wiośnie. Chcę życia mego przynosić Ci kwiaty i spłacać dług zaciągnięty na raty.

Nie wiem ile dni życia jest jeszcze przede mną lecz w każdym z nich, będę Ci dziękować najlepiej jak potrafię aż do dnia ostatecznego, kiedy przed Twój tron Ojcze z zachwytem trafię. (Elżbieta Borowska)

2015/11/29 Rekolekcje ignacjańskie Fundament
„Gdzie jednak wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska” (świadectwo)

Jadąc na rekolekcje miałam nadzieję na przemianę duchową i pocieszenie po wcześniejszym zmaganiu się z trudnościami życiowymi. Byłam zmęczona fizycznie, emocjonalnie i duchowo. Zastanawiałam się, co jeszcze może mi ofiarować Pan Bóg, skoro tyle już od Niego otrzymałam. Zanim Pan Bóg przyszedł ze swoim pocieszeniem, najpierw doświadczyłam lęku i niepokoju. Trudno było mi znaleźć ukojenie w czymkolwiek. Musiałam najpierw doświadczyć swojej ograniczoności, bezradności i lęku. Lęku przed zostawieniem siebie, do czego się już przyzwyczaiłam, a co w gruncie rzeczy nie było w pełni oddane Bogu. Proces rozstania się z tymi zależnościami kosztował mnie nieprzespane noce i niespokojne godziny.

Fałszywy obraz Boga zakorzeniony głęboko w sercu blokował mnie w przylgnięciu do miłującego Boga. Bałam się utracenia pozornej wolności. Lęk doprowadził mnie do wewnętrznego krzyku ślepca: „Jezusie Synu Dawida ulituj się nade mną!” Otwarcie się na słowo Boże zaowocowało pragnieniem otwarcia się na Jego nieograniczoną niczym miłość. Bóg powoli wlewał radość w moje serce i głębokie przekonanie, że On naprawdę chce mi dać wolność. Dojrzewałam do przyjęcia Jego MIŁOŚCI. Mimo, iż doświadczałam Bożej obecności, to jednak ciągle chciałam uciekać. Nie wiedziałam dlaczego, co mnie jeszcze trzyma, co sprawia że chcę schować się przed miłującą obecnością Pana.

Moment oddania grzechu, który dźwigałam niemal całe życie i oddania swojej przewlekłej choroby, od której byłam uzależniona, i której bałam się oddać, sprawił, że zwróciłam się w Jego stronę. Wewnętrznie dojrzałam, aby zawołać: „Jezu jestem gotowa! Proszę uzdrów mnie, chcę być zdrowa!” Następnego dnia przy Sadzawce Betesda, mogłam obmyć się z tego wszystkiego co trzymało mnie do tej pory i co chowałam przed Panem. Pan Bóg przemienił wszystko co chciałam zostawić dla siebie, co chciałam sobie przywłaszczyć. W moim sercu zagościł pokój, którego nie miałam już dawno. Będąc na spacerze chciałam tańczyć z radości. Śpiewałam wielbiąc Boga: „Już teraz we mnie kwitną Twe ogrody, Już teraz we mnie Twe królestwo jest”. (Basia)

2015/04/26 Rekolekcje ignacjańskie I Tydzień
„Tyle mego cierpienia żeby ujrzeć łaskę zbawienia” (świadectwo)

Moja osobista historia wyzwolenia rozpoczęła się cztery lata temu, kiedy nie zdawałem sobie z tego sprawy. Pewnego trudnego dla mnie wieczoru powierzyłem się Jezusowi w ciemnościach mojego pokoju tuląc krzyż do piersi, głęboko i gorzko płacząc. Pchnęła mnie do tego samotność, zagubienie, tęsknota do mojej rodziny i Ojczyzny. Pan Bóg odpowiedział na moją modlitwę i postawił na mojej drodze „Wspólnotę Życia Chrześcijańskiego”, w której spotkałem ludzi tak innych ode mnie a zarazem tak bliskich i życzliwych. Kiedy przychodziły w moim życiu trudne dni przyjaciele z tej Wspólnoty udzielali mi pomocy i wsparcia duchowego. Wśród Was są ludzie, którzy pomogli mi w dojściu do mojego nawrócenia, nawet o tym nie wiedząc. Dziś mogę stwierdzić, że te wszystkie osoby jakie spotkałem postawił na mojej drodze wiary Pan Bóg. To dzięki Wam dziś wiem, że samowystarczalność mija się z celem istnienia człowieka co potwierdziły mi również przeżyte rekolekcje ignacjańskie (Ćwiczenia duchowe).

Na rekolekcje dostałem zaproszenie od samego Boga. Początek rekolekcji przeżywałem bardzo owocnie, obfitował w doświadczenie Bożej miłości i pocieszenie duchowe, lecz w połowie Ćwiczeń pojawiły się trudności, chęć ucieczki, lęk i niepokój. Moje odczucia spowodowane były tematem rekolekcji jakim był „grzech” jak również przygotowaniem się do spowiedzi generalnej z całego mojego życia. Dziś wiem, że ten niepokój pochodził od złego ducha, który nie chciał mojego wyzwolenia. Pomimo zmagań wewnętrznych i duchowej walki, przystąpiłem do spowiedzi świętej, do której przygotowywałem się przez trzy dni. O tym, że święty Ignacy Layola przygotowywał się do spowiedzi z całego życia również trzy dni dowiedziałem się po rekolekcjach i bardzo dotknęło to mojego serca.

Na modlitwie rozważałem istotę grzechu i jakie poważne konsekwencje spotykają człowieka trwającego w ciemności. Zapragnąłem otworzyć się na łaskę Boga całym sercem jak tylko potrafiłem. Pozwoliłem Jezusowi wejść w najciemniejsze zakamarki mojej duszy, aby wszystko rozproszył swym światłem! Jezus stał się moją światłością już na zawsze. „Oto stoję u drzwi i kołaczę: Jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego…” (Ap 3, 20). Mogę z radością wyznać, że odnalazłem Boga i Jego nieskończoną miłość. Te rekolekcje zmieniły całe moje dotychczasowe życie. Nigdy dotąd nie doświadczyłem tak wielkiej i namacalnej łaski. W tym miejscu w ciszy i skupieniu odnalazłem mojego osobistego Zbawiciela.

Podczas Ćwiczeń duchowych uczyłem się systematyczności i wierności, aby nieustannie walczyć, pokładać ufność w Bogu i modlitwie. Odkryłem Pismo Święte księgę, w której zapisane jest moje życie słowo po słowie, zdanie po zdaniu, rozdział po rozdziale. „Alejką świętych” pozwoliłem sobie nazwać drogę powrotną, która kończy się skrzyżowaniem i są dwie możliwości, można skręcić w prawo lub w lewo. Bogu niech będą dzięki za ten błogosławiony czas rekolekcji, które odegrały kluczową rolę w moim życiu duchowym. (Fabian)

2015/04/26 Rekolekcje ignacjańskie I Tydzień
Moja droga do Boga (świadectwo)

Moja droga do Boga i Boga do mojego serca to linia spójna. Byliśmy i jesteśmy razem tylko ja się pogubiłam. Wszystko nabrało przyspieszenia jakiś czas temu. To był impuls. W pewnej chwili poczułam się jak kokon, z którego muszę się wyrwać. Odczułam wewnętrzną tęsknotę, niepokój serca, potrzebę głębszej modlitwy. Zaczęłam się więcej modlić, ale to mi nie wystarczało. Tęskniłam za Bogiem coraz bardziej i bardziej. Wiedziałam, że sama sobie nie poradzę dlatego zwróciłam się o pomoc do Niego.

Przez przyjaciół, których Bóg postawił na mojej drodze trafiłam w 2014 roku na rekolekcje ignacjańskie Fundament. Na tych rekolekcjach doświadczyłam jaki Bóg jest dla mnie dobry i jak bardzo mnie kocha pomimo mojego wewnętrznego brudu. Po spowiedzi świętej było mi lekko, ale nadal trudno mi było uwierzyć, że Bóg może mnie taką kochać. Czułam wewnętrzną potrzebę, aby to doświadczenie rekolekcji kontynuować. Przyjechałam więc na I Tydzień Ćwiczeń duchowych. Tym razem przygotowując się do spowiedzi generalnej zobaczyłam całe swoje życie jak w zwierciadle. Nie było to doświadczenie łatwe niemniej okazało się wielką łaską od Boga.

Wychowałam się w domu, w którym nie czułam miłości mamy. Byłam sama, zazdrosna o brata, taka zagubiona istota. Tata nie potrafił mnie chronić. Boga w moim rodzinnym domu nie było (tylko tradycja świąt). Próbowano upokorzyć moja godność, nie pozwoliłam się skrzywdzić, ale pozostał głęboko w sercu ból i wstyd. Zamknęłam się w sobie. Nie kochałam siebie. Nie szanowałam swojego życia narażając się na niebezpieczne zabawy. Niszczyłam swoich bliskich swoją zaborczością.

W tych rekolekcjach zobaczyłam całą brzydotę swoich grzechów jednocześnie czystą i bezwarunkową miłość Boga. Odnalazłam siebie, czuję się czysta, nowa, wolna. Jestem gotowa żyć trzymając się kurczowo Jezusa mojego osobistego Zbawiciela. Nie czuję żalu do minionego życia, było takie jakie było. Teraz mocno wierzę Bogu i Jego nieskończonej miłości. (Maria)

2014/11/11 Rekolekcje ignacjańskie Fundament
Kto ufa Bogu, ten nigdy się nie zawiedzie (świadectwo)

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam propozycję wyjazdu na rekolekcje ignacjańskie Fundament zamknięte, od razu poczułam, że chciałabym na nie pojechać. To był wrzesień, a rekolekcje miały się odbyć w listopadzie. Okres dwóch miesięcy, który był czasem oczekiwania na to wyjątkowe spotkanie z Panem Jezusem, był dla mnie zarazem czasem walki wewnętrznej oraz zmagania się ze sobą. Wraz z pragnieniem jakie zrodziło się w moim sercu, pojawił się również lęk i obawy, czy podołam temu wyzwaniu. Musiałam w krótkim czasie uzyskać zgodę na urlop w pracy oraz wśród codziennych zajęć, wygospodarować czas Jezusowi, gdzie mogłabym być tylko dla Niego. Wszystkie swoje codzienne sprawy i obowiązki oddałam w ręce Boga i ufałam, że jeśli wolą Jego jest bym wzięła udział w tych rekolekcjach, to usunie z mojej drogi wszelkie przeszkody i umożliwi mi wyjazd. Tak też się stało. O wiele trudniejsza okazała się kwestia moich wewnętrznych lęków. Nie doświadczywszy nigdy wcześniej rekolekcji w zamknięciu, obawiałam się jak sobie poradzę z ciszą, milczeniem, jak będą przebiegały moje rozmowy z kierownikiem duchowym?

Zaraz po przyjeździe do domu rekolekcyjnego mój cały niepokój zniknął. Cisza stała się dla mnie błogosławieństwem… Oderwawszy się od hałasu dnia codziennego, poczułam jak bardzo jej potrzebowałam. Kierownik duchowy zaś, okazał się wielką pomocą podczas całych rekolekcji. W czasie rozmów otrzymywałam dużo pocieszenia i umocnienia, które było mi bardzo potrzebne, a także cenne wskazówki.

Już pierwszego dnia doświadczyłam ogromnego poruszenia w swoim sercu wchodząc do pokoju, w którym miałam spędzić najbliższe pięć dni. Ze wzruszeniem przyglądałam się wnętrzu, czując, że Pan Jezus przygotował to miejsce specjalnie z myślą o mnie. Nad łóżkiem wisiał obraz z motywem Pana Jezusa modlącego się w Ogrodzie Oliwnym, niemal identyczny, jaki wisiał nad moim łóżkiem w domu rodzinnym, który opuściłam dziesięć lat temu. Po przeciwnej stronie na półce obok biurka stała figura Matki Bożej, do złudzenia przypominająca figurę, która obecna jest w moim domu rodzinnym już od ponad stu lat. Wystrój pokoju rozbudził moją wyobraźnię, przywołał wspomnienia domu, w którym się wychowałam, moich rodziców, dzieciństwo… Jak się później okazało, było to zaproszenie Jezusa do tematu naszych wspólnych rozmów na najbliższe dni.

W medytacjach Pan Jezus przyszedł do mnie z tematem, który wywoływał w moim życiu duże emocje. Wzajemne relacje z Rodzicami choć na pozór poprawne, z mojej strony były przepełnione poczuciem krzywdy oraz żalu. Te negatywne uczucia zatruwały moje serce i sprawiały, że nie potrafiłam w pełni otworzyć się na miłość Bożą oraz zaakceptować samą siebie. Nie były to łatwe rozmowy… ale w poczuciu bezpieczeństwa i miłości (jakie dał mi Pan) znalazłam siłę i odwagę, aby pokonać wszelkie trudności, aby ponownie otworzyć rany swojego serca i pozwolić Bogu je leczyć.

Cały czas czułam, że Jezus jest razem ze mną. Zrozumiałam, że zawsze był i zawsze będzie. Nie tylko w trakcie medytacji, ale podczas całych rekolekcji dawał mi odczuć swą miłość na wiele sposobów. Stale mi towarzyszył i opiekował się mną… Intensywnie czułam jak bardzo Bóg mnie kocha. Jak bardzo jestem dla Niego ważna i bezcenna. Po raz pierwszy w życiu poczułam wdzięczność do Boga za dar mojego życia. Doświadczyłam ogromnej łaski. Stanąwszy w prawdzie przed Bogiem oraz przed samą sobą, całkowicie się Jemu oddając z poczuciem ufności, oraz własną bezradnością, zostałam uzdrowiona z poczucia krzywdy wobec moich rodziców i uwolniona od ciężaru jaki czułam od wielu lat.

Opuszczałam dom rekolekcyjny z sercem wypełnionym Bożą miłością, z ogromną wdzięcznością i pokojem. Jezus ponownie rozbudził we mnie miłość do Rodziców, przywrócił mi dobre wspomnienia, które z powodu ran w sercu wymazały się z mojej pamięci. Pomógł mi przebaczyć. Pomógł zrozumieć i zaakceptować moją przeszłość. Uczynił to wszystko we właściwym czasie i miejscu, stwarzając mi odpowiednie warunki, abym potrafiła ten dar przyjąć. Najcenniejszy dar – DAR BOŻEJ MIŁOŚCI. To był błogosławiony czas. (Dorota)

2014/09/29 Rekolekcje w Camp Vista
Moje rekolekcje (świadectwo)

Tegoroczne rekolekcje WŻCh były dla mnie bardzo głębokim i wyjątkowym przeżyciem. Jeżdżę na nie już od kilku lat, więc mam możliwość przyglądania się zmianom duchowym we mnie z perspektywy upływającego czasu. Wypracowałam też, jak się okazuje, swoisty „system” przeżywania tych rekolekcji. System niekoniecznie świadczący o pełnej otwartości na Boga i ludzi… Tego roku jednak coś drgnęło, dojrzało, zawrzało we mnie tak, aż mury runęły. I chwała Panu!

Po latach ignacjańskiej formacji popartej terapią psychologiczną jestem osobą dobrze znającą siebie. Doskonale znam swoje mocne i słabe strony. Ponieważ pochodzę z typowej polskiej, bardzo dysfunkcyjnej rodziny, a jednocześnie jestem ambitna i uparta, mocno trudzę się od lat, by definitywnie przerwać fatalny „cykl pokoleniowy” mojej rodziny. Ta ciężka praca nad sobą trwa od 15 lat, a mam lat 40, więc należę do delikatnie mówiąc „starszej młodzieży” WŻCh.

W tym roku dzięki łasce Boga postanowiłam z wielką pokorą otworzyć się na owoce rekolekcji. Uczciwie słuchałam konferencji, modliłam się w większej niż dotąd pokorze i z większą akceptacją swoich słabości (powtarzających się grzechów). Starałam się z większą życzliwością i bez oceniania patrzeć na innych ludzi podczas tej duchowej podróży, a przede wszystkim otwierać się na Słowo Boże kierowane do mnie podczas modlitwy. Przyjechałam na te rekolekcje z tzw. pełną głową i obciążonym sercem: w momencie zmiany pracy, kupna mieszkania i u progu nowego związku. Wiedziałam, że sama już nie mam siły więcej walczyć i kontrolować sytuacji, że jest to czas, by pozwolić Bogu wreszcie się prowadzić, Jemu CAŁKOWICIE zawierzyć. Postanowiłam robić tylko to, co sugerował prowadzący, odganiać natrętne myśli, które zabrały już tyle dobrego życia. Mój proces nawracania trwa już wiele lat, ale dopiero teraz zintegrowałam wszystkie dobre „gesty duchowe” w jednym uroczym miejscu Camp Vista… Nie chcąc już być więcej „starym człowiekiem”, poczułam siłę do zrzucenia skorupy negatywizmu, kontroli, perfekcjonizmu, zniewoleń i depresji. Tak… to wszystko możliwe. Ale to nie była moja siła, to Bóg mnie ukochał znów taką, jaką jestem. W całej mojej „biedzie” na adoracji Taize skierował do mnie słowa: „A nie bądźcie przygnębieni, gdyż radość w Panu jest waszą ostoją” (Ne 8, 10). I nie chciał nic więcej, nie pouczał. Po prostu pocieszył i przypomniał mi prawo do cieszenia się życiem danym od Niego. Dał siłę, odwagę i cierpliwość do dalszej drogi, po prostu mnie nimi napełnił. Wlał jak wino do kielicha. Całkowicie niezależnie od tego, jak ta droga dalej się potoczy. Czyż rycerz Pana nie ma być gotowy na śmierć każdego dnia? Cóż było robić? Należało starego duchowo, zmęczonego człowieka oddać drzewom, jezioru i ptakom Camp Vista. Nie potrzebny mi już on. Duch Święty jest we mnie w każdej sekundzie, gdy go potrzebuję… (Olga)

2014/05/24 Rekolekcje ignacjańskie III Tydzień
Nie lękajcie się (świadectwo)

Pragnienie uczestnictwa w rekolekcjach pojawiło się już w styczniu tego roku, a może i wcześniej. Zaczęły też pojawiać się pierwsze wątpliwości. Rozmawiałam o nich z przyjaciółmi z WŻCh, i dostawałam potwierdzenie, żeby mimo wszystko jechać. Byłam też jedną z pierwszych osób, które przebrnęły przez kwestionariusz i otrzymały potwierdzenie przyjęcia.

Mijały miesiące, a ja miałam coraz więcej przeszkód by jechać. Pytałam się przy różnych okazjach, takich jak spowiedź, czy znajomych księży i każdy potwierdzał, że powinnam jechać. Przed samymi rekolekcjami pojawiła się największa próba dla mnie – interesująca propozycja pracy w jednej z największych firm w Stanach konserwujących dzieła sztuki. Przeszłam pozytywnie przez interwiew i dostałam tę prace. Praca wymagała jednak podjęcia jej w czasie kiedy miały być rekolekcje. Nie wiedziałam co wybrać i zaczęłam modlić się o światło. Po konsultacji z kierownikiem duchowym, który jest już obecnie w Polsce wybrałam rekolekcje. Czy dobrze zrobiłam? Mam nadzieję, że odpowiedź pojawi się w czasie, jakie owoce w moim życiu przyniesie czas spędzony na kontemplacji męki Jezusa?

W same rekolekcje wchodziłam z trudem i zmęczeniem. Początkowe upały i hałas na zewnątrz nie sprzyjały modlitwie; bardziej potrzebowałam odpoczynku. Wydawało się, że będzie trudno przejść przez ten czas rekolekcji. Jednak gdzieś w połowie tygodnia wszystko zaczęło się układać. Modlitwy i kontemplacje stawały się głębsze. Niewiadomo kiedy czas szybko minął i kiedy mięliśmy się rozjeżdżać, chętnie kontynuowałabym rekolekcje dalej.

Trzeci tydzień wydaje się być trudnym czasem, bo dotyczy męki i śmierci Jezusa, ale tak naprawdę, jest to stanięcie bardzo blisko mojego Pana w prawdzie o własnych grzechach i kompromisach ze złem. W tym czasie nie szukałam pocieszenia dla siebie, lecz sama chciałam zrozumieć i pocieszać; współczuć mojemu Zbawicielowi. Kontemplując Jego mękę i drogę krzyżową przyglądałam się ludzkiej niewdzięczności oraz mojej własnej postawie. Mam nadzieję, że za rok lub dwa uda mi się pojechać na czwarty tydzień, który jest kontynuacją trzeciego tygodnia – o Zmartwychwstaniu Jezusa. (Bernadka)

2014/02/02 Rekolekcje ignacjańskjie Fundament w życiu codziennym
Nadzieja w Bogu (świadectwo)

Jestem dzieckiem alkoholika, żoną osoby uzależnionej i sama borykam się ze swoją chorobą – współuzależnieniem. Jest jednak Ktoś, kto pomógł mi nieść to wszystko, dostałam łaskę ujrzenia tej pomocy, to Bóg. To On prowadząc mnie, postawił na mej drodze Wspólnotę Życia Chrześcijańskiego, dzięki której dowiedziałam się o rekolekcjach ignacjańskich w życiu codziennym. Pomimo tego, że życie płynie szybko, znalazłam czas na codzienną modlitwę słowem Bożym, aby porozmawiać z Bogiem o swoich troskach i radościach, aby pobyć z Jezusem. Ten czas był dla mnie bardzo owocny. Modlitwa i bliskość z Panem pozwoliły mi spojrzeć na moje życie i mnie samą w inny sposób. Widzę cierpienie osób, które mnie krzywdziły i innych ludzi. Dzisiaj potrafię im współczuć i jestem na drodze przebaczenia. Rekolekcje ignacjańskie to droga głębszego poznania samej siebie, akceptacji siebie, stanięcia w prawdzie wobec siebie, wobec Boga i drugiego człowieka. To kolejny mały krok do przodu. Być może, gdyby nie te trudne momenty mojego życia, nigdy nie poznałabym Boga tak blisko. Życie z Jezusem jest pełniejsze i pomimo trudu można ujrzeć piękne jego oblicze. (WK)

Powołanie, aby służyć innym, jest zaproszeniem do szczęścia (świadectwo)

Każdy z nas szuka w życiu szczęścia. Moje poszukiwania trwały bardzo długo. Od dzieciństwa wiedziałam że chcę pomagać ludziom i w miarę jak wzrastała moja wiara, powoli rosło też we mnie pragnie wyjechania gdzieś na misje. Długo nosiłam go w sobie, modląc się w ufności ale tak naprawdę nie wiedząc jak te moje marzenia mogłyby się zrealizować. Pomagałam wiec tutaj w Chicago siostrom Matki Teresy w kuchni i włączałam się w różne projekty pomocy ludziom. Tak też poznałam siostrę Martę, która w tym czasie otwierała Dom Samotnej Matki. Kiedy razem sprzątałyśmy w dzień przed przyjęciem młodych matek, wyjawiłam siostrze swoje pragnie pojechania na misje. To ona podsunęła mi pomysł odwiedzenia Misjonarzy Ubogich na Jamajce. Następnego dnia zadzwoniłam do Braci z tej misji i kupiłam bilet lotniczy na 2 tygodnie. Jak wspaniale Pan odpowiada na pragnienia!

Na lotnisku odebrali nas bracia ubrani w białe habity i zawieźli do slumsów w Kingston gdzie znajduje się ich dom misyjny i ośrodki w których troszczą się o swoich chorych, bezdomnych, kalekich, opuszczonych prowadząc stale schroniska dla bezdomnych, kuchnie rozdające posiłki, pomoc medyczną, katechizację i edukację dla ubogich dzieci.

W czasie naszego pobytu miedzy innymi opiekowaliśmy się dziećmi w jednym z ośrodków dla chłopców prowadzonych przez Braci w „niebieskich” górach na Jamajce. Dom ten nosi nazwę „Beatitudes” – Błogosławieństwa. I nasza posługa polegała tam miedzy innymi właśnie na tym aby głodnych nakarmić, spragnionych napoić, nagich przyodziać, tych kalekich, głęboko upośledzonych, nękanych przez różne choroby fizyczne i umysłowe dzieci. Było to doświadczenie, które głęboko poruszyło moje serce bo w tych chłopcach zobaczyłam Chrystusa cierpiącego: w tych oczach, które pomimo bólu ciągle się śmieją, w niedowładnych ciałach, którymi z całych sił próbują pomoc w ubieraniu, karmieniu, w ich spontanicznych uściskach i okazywanej trosce jednych o drugich. Był to niezapomniany czas, który przemienił i przewartościował całe moje życie. Tak niewiele potrzeba człowiekowi do szczęścia…

Dzieci w tych ośrodkach ciągle przybywa i wymaga to ogromnej koordynacji i nakładu środków aby zapewnią godne życie tym ubogim. Brakuje tam praktycznie wszystkiego oprócz miłości, którą Bracia okazują przez swoją troskę tym dzieciom, których nikt inny nie chce.

Dlatego, wraz z grupa osób z Chicago, które w różnym czasie odwiedzały misje, lub którzy odkryli w swoim sercu powołanie do pracy misyjnej, postanowiliśmy wspierać te misje organizując zbiórki żywności, koncerty charytatywne na które przyjeżdżają artyści z Jamajki, oraz pojedyncze akcje na konkretne cele na przykład: solar panels w miejsca gdzie nie ma prądu, łóżka i materace do ośrodka w Indiach, czy sponsorowanie nauki dzieci w Kenii i Ugandzie. Pan Bóg w tych działaniach nas prowadzi i błogosławi jako że dzięki dobroci serc wielu ludzi z różnych parafii, udało się już wysłać 6 kontenerów z jedzeniem i środkami higienicznymi. Jesteśmy za to niezmiernie wdzięczni! Wszyscy jesteśmy misjonarzami jeśli włączamy się w dzieła na rzecz ubogich. Jeśli ktoś odkrywa w sobie chęć takiej posługi to proszę o kontakt z Martą (847) 312-6144.

Na koniec jeszcze chciałam zacytować słowa Matki Teresy z Kalkuty: „Być szczęśliwym razem z Chrystusem to znaczy: Kochać tak, jak On kocha; Pomagać tak, jak On pomaga; Dawać tak, jak On daje; Służyć tak, jak On służy”. Ja dziękuję Panu Bogu każdego dnia za to że mnie prowadzi do innych ludzi aby im służyć bo być misjonarzem można wszędzie, nawet nie wyjeżdżając z Chicago. Jest to moją ogromna radością, spełnieniem i szczęściem, czego i Wam z serca życzę. (Wolontariuszka)