Jesienne odwiedziny bezdomnych

Jesienne odwiedziny bezdomnych
Comiesięczne odwiedziny bezdomnych były przerwane w miesiącach lipcu i sierpniu. Każdy wyjazd, choć podobny, jest jednak niepowtarzalny. Oto poniżej dwa świadectwa.

Jechałam z radością.

Jechałam z radością na pierwszy wyjazd do bezdomnych po wakacyjnej przerwie. Cieszyłam się, że w końcu ich zobaczę, nie zjeżdżałam tym razem przez wakacje sama do podziemi.

Zastanawiałam się co tam zastanę, ilu z tych których znamy jeszcze tam jest? Było we mnie oczekiwanie na te chwile i nagle coś się we mnie zmieniło w czasie drogi, jakby coś się popsuło wewnątrz mnie. Gdyby nie reszta grupy zrezygnowałabym z wyjazdu. Niechęć, bezsensowność, ciągle messages i telefony, każdy oczywiście ważny, jakby wszystko zmówiło się przeciwko mnie.

Pierwsza moja myśl, że może te wyjazdy nie są już ”moje”, jeżdżę na nie z przyzwyczajenia a nie, bo On mnie zaprosił. Może moje pragnienie, aby Go naśladować i uczyć się kochać każdego człowieka, nie są prawdziwe i czyste, może chciałam coś sobie i innym udowodnić? Najbardziej zabolała mnie myśl, że może Jemu chciałam coś udowodnić? Co? Sama nie wiem. Może, że zasługuję na to wszystko czym mnie ciągle obdarza, na Jego miłość?

Kiedy wjechaliśmy do podziemi i zatrzymywaliśmy się przy bezdomnych, patrzyłam tym razem na Anię, Damiana i ojca Jurka, na ich uśmiechnięte twarze, radość ze spotkania z bezdomnymi. Ja wciąż czułam się nie na miejscu, jakbym już do nich nie należała, nie czułam się częścią grupy. Nie było we mnie złości ani zdenerwowania, tylko cisza i pustka. Pojawiło się we mnie pytanie: co chcesz mi powiedzieć? a może po prostu jestem zmęczona?

W połowie naszej trasy zatrzymaliśmy się w nowym miejscu gdzie skupili się bezdomni, było ich sporo. Ciągle ktoś nowy podchodził do kartonów z ubraniami, które wystawiliśmy przy samochodzie. Ja i tym razem stałam i tylko obserwowałam.

Nie byłam przygotowana na to co się miało wydarzyć. Zostałam przez Anię poproszona by zobaczyć co nosi na szyi jeden z bezdomnych. Nie miałam na to ochoty, ale on po prostu bez pytania zdjął gruby łańcuch z szyi i mi go wcisnął w ręce. Byłam w szoku, ledwo byłam w stanie unieść go, był bardzo ciężki i gruby jak moja dłoń. Z niedowierzaniem popatrzyłam na niego jak na wariata. Zapytałam go po co to nosi? Odpowiedział mi, że jako pokutę i by mu każdego dnia przypominał po co i dlaczego walczy z uzależnieniem od narkotyków, że pragnie innego życia, nie chce się poddać. Patrząc mu w oczy zobaczyłam słabego, z otartą skórą na szyi, do tego na głodzie, człowieka, który miał więcej siły, wiary i woli walki ode mnie.

Pomyślałam, że może ja też powinnam zawiesić sobie na szyi taki łańcuch żeby mi przypominał że nie zawsze będzie łatwo i po mojej myśli, bo nie o to chodzi, by było po mojej myśli, tylko po Jego myśli. Że dopóki żyję każdy dzień jest walką a najważniejsze jest to bym zawsze pamiętała po co i dla kogo to wszystko robię.

I chociaż ten wyjazd dla mnie był zupełnie inny to wracając do domu w sercu miałam tą samą myśl: że bezdomni uczą i dają mi więcej niż ja jestem w stanie dać im. Potrzebuję tylko mieć oczy i serce szeroko otwarte.

(UG)

 

Ten wyjazd był jakby odmienny.

Ten wyjazd był jakby odmienny, a przecież tak bardzo podobny do wielu innych.

W drodze do downtown koronka do miłosierdzia choć było już dobrze po czwartej. I inne rozmowy wplatające się w nasze codzienności. Powstaje trudność zaakceptowania różnych wiadomości, które przedstawiają papieża w dwuznacznym świetle. Komu wierzyć? Gdzie autorytety? A jeśli to prawda, to co z tym zrobić? Kto po jakiej stronie stoi? A dzieci w dzisiejszych szkołach. Czego one się nauczą? Zostaną zniszczone zanim urosną. Czy nauczyciel wyznający chrześcijańskie wartości może je przekazać dzieciom jeśli ciągle jest przymuszany do czegoś diametralnie przeciwnego?

Dojeżdżamy do pierwszych legowisk. Nasz pan pod parasolkami. Od jakiegoś czasu modlimy się z nim wspólnie – Our Father, who are in heaven… W zeszłym miesiącu powiedział: „nie było was już ze trzy lata”. Tym razem czyta nam fragment z pierwszego listu do Tymoteusza. Nie zrozumiałem słów, ale fakt słuchania Słowa Bożego cytowanego przez człowieka, który od wielu lat nie ruszył się ze swojego kartonowego skrawka położonego obok szaleńczo wyjących z pośpiechu samochodów, ujął mnie. Wymiana uśmiechów. God bless you.

Do naszej modlitwy dołączył i Steven. Zmienił on swe legowisko. Miał nadzieję, że otrzyma jakiś dach nad głową. Z rozczarowaniem i właściwą sobie uległością powiedział kiedyś, że ludzie, którzy mu go obiecywali śmiali się z niego.

Po modlitwie zbliża się ktoś nowy. Bierze Damiana na bok i próbuje go do czegoś przekonać. Chodzi mu o jakieś rzeczy? A może o pieniądze? Nie wiem, ale nic nie jest nas w stanie zaskoczyć! A jednak! Ten nowy przyszedł się wstawiać za Stevenem. Mówi, że jest on pełen niepewności, albo niedowierzania (co zresztą jest zrozumiałe z powodu jego wady słuchu), a istnieje szansa by znalazło się dla niego miejsce. Prosi, byśmy go przekonali, „bo ma on do was zaufanie”. Nie chodzi mu o siebie, wstawia się za drugim!

Przy kolejnej grupie, jeszcze ktoś inny. Na swoje ciepłe już ubranie zakłada nową kurtkę, którą otrzymuje od nas. Nie ważne, że to damska. Głowa i twarz owinięte. Spod materiału widać część zapoconej twarzy i oczy bardzo radosne. Od czterech dni jest na abstynencji i cieszy się z tego niezmiernie. Bierze od nas nowe buty. W zamieszaniu giną mu stare.

Ktoś inny pyta: jak często tu przyjeżdżacie? Potrzeba? Tęsknota? Chęć spotkania, które nie ocenia, nie przekreśla, nie boi się bliskości? Wieczorem będzie za co dziękować.

Po powrocie skromna kolacja z okazji pierwszej rocznicy wyjazdów w poszerzonym składzie. Jedna kanapka i kubek wody. Śmieję się, że nasi podopieczni dostali dziś owoce, słodycze i wiele innych smakołyków. Nam smakuje prosta kanapka. Jest w niej coś specjalnego – odbicie twarzy tych, których spotkaliśmy dzisiaj i twarzy Tego, który nas do nich zaprowadził.

(JB)

Galeria Foto